kontrast:   czcionka: A A+ Muzeum bez barier
PL  EN

Odwiedź nas na:



Muzeum

Polska sztuka jest światowa - rozmowa z Wojciechem Fibakiem

Z Wojciechem Fibakiem rozmawiała Inga Kopciewicz
Polska sztuka jest światowa


Inga Kopciewicz: Często w wywiadach wspomina Pan, że za swoje pierwsze zarobione pieniądze zakupił
obraz współczesnego artysty. Nie był to samochód, nie motocykl, a właśnie dzieło sztuki. Taka decyzja
nie była raczej przypadkowa, musiała wynikać z pewnej wrażliwości, być zakorzeniona w jakiejś
tradycji. Czy rzeczywiście?
Wojciech Fibak: Nie były to duże pieniądze, raczej „amatorskie”, zaoszczędzone z wyjazdów na turnieje
tenisowe, gdy byłem w kadrze młodzieżowej. Były to diety, różne transakcje, a że wypłacane w markach
niemieckich i dolarach, stanowiło to większą wartość w Polsce. Udało mi się wtedy zakupić
pracę artysty lokalnego, poznańskiego: pokaźnych wymiarów abstrakcję. Nie mieściła się w domu
rodziców, więc znalazła się w garażu. Podziwiałem ją w tym garażu. Historia zakończyła się tak, że
praca została przekazana na aukcję charytatywną, której celem było zebranie środków na renowację
barokowej Fary w Poznaniu. Obraz był liderem tej aukcji i uzyskał całkiem sporą sumę. Jeśli chodzi
o „korzenie” tej decyzji o zakupie dzieła sztuki, to rzeczywiście w domu panowała atmosfera, może
zabrzmi to trochę pretensjonalnie: inteligencko-intelektualna. Moje wspomnienie o ojcu – to postać
siedząca przy biurku, pisząca kolejną pracę naukową. Napisał ich chyba dwieście, opublikował kilkanaście
podręczników. Do dzisiaj na akademiach medycznych obowiązuje podręcznik Chirurgia
autorstwa prof. Jana Fibaka. Ojciec był tytanem pracy, najmądrzejszym człowiekiem, jakiego poznałem,
a poznałem w życiu wielu ciekawych ludzi: prezydentów, polityków np. papieża Jana Pawła II,
sekretarza stanu Stanów Zjednoczonych Henrego Kissingera. Mój ojciec był dla mnie największym
autorytetem ze wszystkich dziedzin: nie tylko bliskich mu zawodowo – fizyki, chemii; był też niezwykłym
humanistą. Dotyczyło to zarówno historii, geografii, muzyki, jak i sztuk plastycznych. Gdy
wyjeżdżaliśmy do Warszawy czy Krakowa, co stanowiło wielkie przeżycie, muzea obowiązkowo
były w planie zwiedzania. Ojciec prosił mnie, abym sporządzał notatki opisujące, co mi się na wystawach
spodobało. Jako dwunasto-, trzynastolatek zapisywałem: data, Sukiennice, mój ulubiony obraz
to pędząca Czwórka Józefa Chełmońskiego, Polowanie Maksymiliana Gierymskiego. Do dzisiaj
prowadzę dzienniki i mam już ponad czterdzieści grubych notesów. W domu panowała dyscyplina
narzucona przez ojca: nauka języków obcych – francuskiego, niemieckiego, angielskiego; siostra
i ja byliśmy regularnie przepytywani. Ale i gimnastyka. Mama z kolei kolekcjonowała głównie meble;
w jej ulubionym stylu biedermeier. Zbierała też porcelanę, m.in. miśnieńską. Często chodziłem
z nią do antykwariatów. Chciałem być reżyserem filmowym. Moje zainteresowania to wówczas: teatr,
kino, literatura. Nauczycielki historii i języka polskiego uważały, że marnuję się grając w tenisa.
Ale dzięki temu, że zostałem zawodowym tenisistą, mogłem tworzyć kolekcję.
I.K.: Czy budowanie kolekcji wynika w Pana przypadku wyłącznie z miłości do sztuki, czy jest rodzajem
strategicznej gry?
W.F.: Tak naprawdę nie ma tu racjonalnego planowania. Prawdziwi kolekcjonerzy to ludzie z pasją. Kolekcjonowanie
postrzegane jest jako coś nobliwego, ale to też pewnego rodzaju szaleństwo, obsesja.
W moim przypadku łączą się różne cechy. Widoczna jest ta „poznańskość”: dyscyplina, pracowitość,
gospodarność – cechy, które odziedziczyłem po ojcu i dziadku – poznańskim architekcie. Ci,
którzy mnie znają, widzą we mnie artystyczny luz. Ale nie wiedzą, że jeśli na czymś mi zależy, jak
na tenisie czy kolekcjonowaniu, to wtedy staję się skoncentrowany, do bólu wymagający w stosunku
do siebie i innych. Całej energii, którą zainwestowałem w tenis (kilkanaście lat przygotowań, przebijania
się do czołówki światowej i samej kariery) towarzyszyło kolekcjonowanie. Przyjaciele mówili mi, ile meczy więcej bym wygrał, gdyby nie te obrazy! Ale z drugiej strony, po zakończeniu kariery
sportowej gładko przeszedłem do wyzwań związanych z kolekcjonowaniem. Organizowanie wystaw,
wernisaży, transportów, ubezpieczeń, renowacji. Zakupy, negocjacje, czasami rozstawanie się
z obrazami, wymiany z innymi kolekcjonerami. Wszystko zajmuje dni, tygodnie, miesiące. Galeria
Kolekcji Fibak funkcjonuje siedemnaście lat. Prestiżowo położona, w historycznej kordegardzie
Akademii Sztuk Pięknych przy Krakowskim Przedmieściu, wypełnia misję popularyzowania polskiej
sztuki współczesnej. Organizowałem w niej wernisaże prac m.in. Wojciecha Fangora, Jana
Berdyszaka, Teresy Pągowskej (swoją wystawę uwarunkowała od wymalowania całej galerii na
śnieżnobiały kolor), Stefana Gierowskiego. Wszystkie moje domy są wypełnione obrazami. Warszawa,
Poznań, Monako, Alpy, kiedyś Nowy Jork i Paryż – nie ma wolnego miejsca: wszędzie obraz,
rzeźba, czasem fotografia.
I.K.: Mnie to bardzo cieszy, bo widać, że Pan żyje z tymi i tymi obrazami. Nie traktuje Pan ich wyłącznie
jako inwestycję przechowywaną w magazynie. One Pana uszczęśliwiają.
W.F.: Tak i dlatego mam mało np. depozytów muzealnych, bo trudno mi się z pracami rozstać. Moje życie
tak się ułożyło, że mam kilka domów. W Alpach żyję z pięćdziesięcioma obrazami, przyjeżdżam do
Monako i żyję z trzydziestoma obrazami, jestem w Poznaniu i żyję z prawie setką obrazów, jestem
w Warszawie i żyję z ponad setką prac w domu i kolejną setką w Galerii. Z tymi wszystkimi obrazami
się spotykam, patrzę na nie, rozmawiam z nimi. Trudno mi się z nimi rozstawać. Ale z drugiej
strony, w związku z tym, że żyję szybko i mam dużą rodzinę, rozstania są nieuniknione, aby zdobywać
nowe prace. Wiem, że jest sporo osób, łącznie ze mną, które żałują, że moja kolekcja École de
Paris nie zachowała się jako całość.
I.K.: A prac Jeana-Michela Basquiata Panu nie żal?
W.F.: Ha, bardzo, szczególnie teraz, gdy jeden z jego obrazów przekroczył na aukcji wartość stu milionów
dolarów. Przez kilka lat prowadziłem galerię w centrum Paryża, nad Sekwaną, naprzeciw pomnika
Adama Mickiewicza. Zorganizowałem wówczas wystawę Meli Muter z pięknym katalogiem. Przygotowałem
tam również wystawę Basquiata. Miałem wówczas w kolekcji dwadzieścia wybitnych
jego prac, wycenianych wówczas na 50 milionów, potem 100 milionów, obecnie warte byłyby kilkaset
milionów dolarów. Na pocieszenie dla Polski powiem, że mam nadal ponad dziesięć bardzo
ważnych prac z lat 80-tych Janusza Akermanna, a Akermann to polski Basquiat. Podobnie było
z Robertem Knuthem. Gdy był na stypendium nowojorskiej Fundacji Kościuszkowskiej, zorganizowałem
mu wystawę w prestiżowych budynkach NYU. Zaprosiłem ważne grono amerykańskich
kolekcjonerów, marszandów; prace błyskawicznie się sprzedały. Udało mi się zatrzymać zaledwie
sześć prac, które mam do dzisiaj. Tworząc w 1977 roku trójwymiarowe kasetony z postaciami,
zwierzętami, był absolutnym prekursorem tego rodzaju sztuki. Dzisiaj tego typu prace, innych
autorów, sprzedają się za setki tysięcy euro. Twórczość Knutha to ważny krok w sztuce polskiej,
w ogóle nieznany.
I.K.: Czy tworząc kolekcję sztuki, a będąc tak zajętą osobą, jest Pan w stanie pochylić się nad każdą
z nabywanych prac, bierze udział w aukcjach osobiście, czy korzysta raczej z opinii zaufanych
doradców?
W.F.: Staram się być zaangażowany prawie we wszystkie aukcje, których oferta mnie interesuje. Moją
zasadą zawsze było, aby nabywać z najlepszych źródeł wybitne prace wybitnych artystów. Katalogi
wystaw w Muzeach Narodowych w Warszawie, Krakowie i Poznaniu z 1992 roku są nadal biblią dla kolekcjonerów École de Paris. Rzeczywiście, udało mi się w latach 80-tych i 90-tych zgromadzić
kilkadziesiąt arcydzieł i kilkaset ważnych prac. Wtedy też odkryłem i wypromowałem dla przyszłych
kolekcjonerów i szerszej publiki wielu wybitnych artystów. Obecnie nazwiska Eugeniusza
Zaka, Meli Muter, Leopolda Gottlieba czy Zygmunta Menkesa wszyscy znają. W latach osiemdziesiątych
było inaczej. Po raz pierwszy zetknąłem się z ich twórczością w 1979 roku w domu i galerii
Michaela Zbyszka Legutki pod Nowym Jorkiem. Zakupiłem wtedy pierwszą pracę tzw. polskiego
École de Paris, a mianowicie Le Pelegrin, czyli Wędrowca Eugeniusza Zaka oraz La Mi-Careme,
czyli Zapusty Tadeusza Makowskiego i Portret Żyda Piotra Michałowskiego. Ta wizyta spowodowała,
że zacząłem się specjalizować w sztuce polskiej, powstałej w Paryżu na początku XX wieku.
Moją ambicją stało się ukazywać mniej znany aspekt polskiego malarstwa w Paryżu, zwłaszcza, że
większość prac znajdowała się poza Polską.
Geneza mojej kolekcji sztuki współczesnej to wspomniany już na początku obraz abstrakcyjny.
Potem, w połowie lat 70-tych, nastąpił okres Henryka Musiałowicza – zaprzyjaźniliśmy się,
zakupiłem od niego około dwudziestu prac z lat 60-tych i 70-tych. Później zbierałem trochę sztuki
światowej - np. rysunki Matisse’a, by pod koniec lat 70-tych powrócić do sztuki polskiej pod wpływem
wspaniałej pani prof. Władysławy Jaworskiej – przekonała mnie wtedy, bym skoncentrował
się na Władysławie Ślewińskim, Tadeuszu Makowskim i innych artystach tworzących we Francji.
Pani Ada przedstawiła mi kolekcjonera Marka Mielniczuka, który zaczął w Polsce poszukiwać dla
mnie prace Olgi Boznańskiej czy Józefa Pankiewicza. A Zbyszek Legutko, podbudowany kursami
u Alfreda Barnesa w Filadelfii, zaczął mi oferować pierwsze prace Meli Muter, Leopolda Gottlieba
czy Gustawa Gwozdeckiego. Mieszkałem wówczas między Nowym Jorkiem a Paryżem. W Paryżu
osiadł już wtedy za moją namową Marek Mielniczuk i zbierał krąg artystów École de Paris. Dzięki
niemu pozyskiwałem obrazy z terenu Francji. Kupiłem od niego kilkadziesiąt obrazów, m.in.
Szymona Mondzaina, Rajmunda Kanelby, Henryka Epsteina. Prawie codziennie kupowałem jakiś
obraz. Natomiast moim głównym pośrednikiem na rynku amerykańskim był Zbyszek Legutko.
Miałem tych dwóch marszandów, byłem ich najlepszym klientem. W moje ślady poszedł Tom
Podl, który rozpoczął budowanie swojej, bardzo ważnej, bardzo pięknej kolekcji od wizyty w moim
domu w Greenwich pod Nowym Jorkiem. Cieszę się, że mogłem wspomóc dobrymi radami mojego przyjaciela Krzysztofa Musiała w początkach kształtowania jego wspaniałej kolekcji. Gdy poznałem
go, kolekcjonował prace artystów XIX-wieczych. Zainteresował się Szkołą Paryską, ale też
i Janem Lebensteinem, który zapoczątkował jego kolekcję sztuki współczesnej. W zbiorach miałem
również Jacka Malczewskiego i Leona Wyczółkowskiego; udało mi się zgromadzić największy prywatny
zbiór obrazów na świecie Piotra Michałowskiego. Wymieniałem prace z Barbarą Piasecką
Johnson, np. swoje monumentalne obrazy Henryka Siemiradzkiego czy Jana Matejki na dzieła artystów
École de Paris. Pod koniec lat osiemdziesiątych nabywałem prace Jeana-Michela Basquiata,
Andego Warhola. Znałem ich osobiście, zapraszałem do swojego domu, bywałem w ich studiach.
Warhol zachwycał się pracami Eugeniusza Zaka i Wojciecha Fangora. Poznałem też Erica Fischela,
Juliana Schnabela, Jaspera Johnsa – niemal całą szkołę nowojorską. Od 2000 roku przebywałem
częściej w Polsce. Wtedy zacząłem intensywnie kolekcjonować klasykę polskiej współczesności.
Wspierało mnie grono przyjaciół, doradców, na których zawsze mogłem i mogę liczyć, takich jak:
śp. Mariusz Rosiak, Michał Skowron, Cezary Pieczyński, Andrzej Starmach, Sławek Boss, Bogdan
Jakubowski i Tomek Zieleniewski. Mówi się, że pomogłem koniunkturze na polską sztukę współczesną,
obudziłem ją tym bardzo aktywnym zbieraniem. Miło mi zawsze usłyszeć, gdy Jerzy Starak
w większym gronie wielokrotnie powtarza: „gdyby nie Wojtek, nie kolekcjonowałbym obrazów”.
I.K.: Czy pomyślał Pan kiedyś o odstępstwie, odejściu od klasyki np. na rzecz sztuki najnowszej: nowe
media, dokumentowanie performance, happeningów?
W.F.: Zupełnie tego nie czuję. Uważam, że już abstrakcja Stefana Gierowskiego czy Ryszarda Winiarskiego
dla wielu osób jest niezrozumiała. Trzeba naprawdę dobrze znać sztukę i historię sztuki,
aby docenić tę twórczość. Już w czasach nowojorskich w galerii Leo Castelliego w SoHo oglądałem
wystawę Jeffa Koonsa i nie mogłem się przekonać do porcelanowych figurek i zdjęć z Ciccioliną,
będących na granicy pornografii. Amerykanie są wychowani na komiksach, więc łatwiej im zrozumieć
Roya Lichtensteina. W ogóle są bardziej ufni. We mnie pokutuje wychowanie poznańskie –
ostrożność, racjonalizm i empiryzm ojca. Przekonałem się do sztuki Basquiata, która nie była łatwa
w końcu lat osiemdziesiątych. Kiedy Eric Clapton z Carlą Bruni odwiedzili mnie w nowojorskim
mieszkaniu, pytali czyjego autorstwa są te „dziwne” prace. Dziś byłoby inaczej.
I.K.: Mówi Pan o klasyce, ale w Pana kolekcji nie było prac Kossaków?

W.F.: Nigdy nie angażowałem się w malarstwo historyczno-patriotyczne. Piotr Michałowski – owszem,
ale to jest romantyzm. Pablo Picasso zwiedzając Muzeum Narodowe w Warszawie, gdy doszedł
do sali Michałowskiego powiedział: „W końcu macie jednego artystę”. Miałem olejny szkic Matejki
Mikołaj Kopernik, ale jak wspomniałem, wymieniłem go z Barbarą Piasecką Johnson. Nadal
posiadam prace Aleksandra Gierymskiego, portrety dzieci pędzla Michałowskiego; mam do nich
słabość, doceniam je. W obecnej kolekcji moim ulubionym artystą jest Wojciech Fangor. Kolekcjonowałem
wszystkie jego obrazy, przez piętnaście lat wygrywałem wszystkie aukcje. Gdy doszedłem
do pięćdziesiątej jego olejnej pracy w swoich zbiorach, zatelefonowałem i zapytałem: „Wojciech?
Tu Wojtek” Odpowiedział pytaniem: „Masz już pięćdziesiąt?” Kiedyś bowiem powiedział, że jeśli
zbiorę pięćdziesiąt jego obrazów, przejdziemy na „ty”. Dwadzieścia lat temu próbowałem zainteresować
moich znajomych kolekcjonerów jego pracami, ale wtedy tylko jeden z nich (obecnie ma
największą kolekcję dzieł Fangora), dał się namówić. Dziś niektórzy tak są tą twórczością zafascynowani,
że od kilku lat aukcji nie mogę już wygrywać, gdyż ceny na jego prace tak bardzo wzrosły.
Fangor jest obecnie wymieniany jednym tchem obok Romana Opałki, Magdaleny Abakanowicz,
Aliny Szapocznikow, jako największe sukcesy nie tylko samej wizji artystycznej i ważkości dzieła,
ale też w sensie inwestycyjnym.
I.K.: Czy w walce na parkietach domów aukcyjnych pomaga doświadczenie w bezkompromisowej rywalizacji
jeden na jednego na kortach tenisowych?
W.F.: Sport, pomijając wychowanie, które odebrałem od mojego ojca, wniósł olbrzymią dyscyplinę i łatwość
rywalizacji. Poszerzanie kolekcji odbywało się zawsze niby bez wysiłku, ale jeśli mi na czymś
zależało, to czekałem na coś latami, potrafiłem przepłacić; niekiedy pomagało mi znane nazwisko
i zaufanie, że prace trafią w dobre ręce. Tak było w przypadku obrazów Rajmunda Kanelby. Choć
syn George już sprzedał mi prace, tak bardzo nie mógł się z tym pogodzić, że dzień po transakcji
poprosił o ich zwrot. Oczywiście oddałem, ale w zapisie testamentowym zaznaczył, aby po jego
śmierci ponownie trafiły do mnie. Stało się to po dziesięciu latach. Widzę też wzruszonego Menkesa
w moim domu w Greenwich w latach osiemdziesiątych, który po raz pierwszy od 1926 roku
zobaczył ponownie swój autoportret namalowany jeszcze w Nicei, zakupiony i wywieziony przez
jakiegoś Amerykanina.
I.K.: Proszę coś opowiedzieć o przyjaźniach z artystami.
W.F.: W latach osiemdziesiątych poznałem niemal wszystkich ze szkoły nowojorskiej. W Nowym Jorku
– mekce sztuki – zaprzyjaźniłem się z wpływowymi marszandami, takimi jak Larry Gagosian
i Tony Shafrazi; kupowałem w ich galeriach obrazy Basquiata i Warhola. Moim najlepszym amerykańskim przyjacielem stał się mój sąsiad i guru amerykańskich kolekcjonerów Peter Brant. Poznałem
też wielu innych wiodących kolekcjonerów, jak Ronald Lauder czy Eli Broad, a największy
na świecie kolekcjoner Warhola i Basquiata – Jose Mugrabi do dzisiaj twierdzi, że ode mnie zaraził
się sztuką. Na pewno te dwadzieścia lat spędzonych w Nowym Jorku ukształtowało mój pogląd
na sztukę współczesną.
Z polskich artystów zawsze bardzo szanowałem i uwielbiałem Wojciecha Fangora. Odwiedzałem
go w Nowym Jorku; gdy przeniósł się do Nowego Meksyku – też tam poleciałem, w Santa Fe spędziłem
z nim i jego żoną Magdaleną święta wielkanocne. I tu ciekawostka: bardzo mało prac kupiłem
bezpośrednio od Fangora – tylko dwie albo trzy. Tak więc nie chodziło w tej przyjaźni tylko o to, by
kupować obrazy. Od Jana Lebensteina również nie udało mi się kupić żadnej, choć także bardzo się
polubiliśmy. Była to arcyciekawa postać. W ogóle mamy niesamowite szczęście do artystów. Z tych,
których poznałem: Stefan Gierowski, Tadeusz Dominik, Wojciech Fangor, Jan Lebenstein, Jerzy Kałucki
czy Teresa Pągowska to wybitne osobowości, elokwentne, wspaniale opowiadające o swojej
twórczości i o innych. Również Henryk Musiałowicz i Jan Berdyszak. Berdyszak – gigant, artysta
z najwyższej półki, to jego architektoniczne, przestrzenne spojrzenie! A przy tym wyjątkowy, wspaniały
człowiek, podobnie jak jego syn Marcin. Gierowski – ujmująca postać, Dominik – cudownie
łagodny. Nie wykorzystując przyjaźni zbudowałem największą polską kolekcję prywatną prac Fangora
i Lebensteina. Z artystów młodszych – często odwiedzam Marcina Maciejowskiego, posiadam
jego kilkanaście prac – wszystkie zakupione z innych źródeł. W kolekcji jest kilka obrazów Wilhelma
Sasnala. Swoją pasję zawsze dzieliłem z życiowymi partnerkami. W moim kolekcjonowaniu zawsze
odgrywały bardzo ważną rolę – zarówno dawniej, jak i dziś motywowały, doradzały, pomagały organizacyjnie.
Od wczesnego rana do późnej nocy żyjemy sztuką, cały czas trwają jakieś poszukiwania
kolejnych prac. Rynek bardzo się rozwinął, jest wiele domów aukcyjnych, pojawiło się wielu nowych
kolekcjonerów, zachodzą energiczne zmiany. Wszystko to angażuje bardzo dużo czasu.
I.K.: Budowanie kolekcji to spełnianie marzeń. Jakie są te najbliższe marzenia? Nowe nabytki, nazwiska?
W.F.: Właściwie nie mam marzeń. To działania z dnia na dzień, ciągła pogoń za czymś ciekawym, co się
pojawi. Przykładem ostatnia walka o obraz Gierowskiego. Udało mi się pokonać wielu konkurentów.
Teraz „poluję” na pracę Ryszarda Winiarskiego, mam nadzieję, ze jutro będę już wiedział czy
trafi do mojej kolekcji. Poszukiwania i zdobycze uzależnione są od tego, co się ukaże, co u innych
kolekcjonerów wypłynie.
I.K.: Czy wystawa Pana kolekcji polskiej sztuki współczesnej w Muzeum Okręgowym im. Leona Wyczółkowskiego
w Bydgoszczy będzie pierwszą tak przekrojową prezentacją?

W.F.: Użyczałem poszczególnych obrazów na wystawy, ale pokazu całej kolekcji nie było. Odbyło
się kilka wystaw sztuki dawnej z moich zbiorów, natomiast współczesnej – nie. Przymierzałem
się do tego od wielu lat. Bydgoszcz ostatnio bardzo wypiękniała, zwłaszcza centrum z rozlewiskiem
Brdy, Operą, Muzeum. Rewitalizacja ze środków unijnych bardzo pomogła. W Bydgoszczy
mam swoje ulubione restauracje na ul. Jatki. Zawsze wstępuję do Muzeum. I właśnie to
Muzeum, jako pierwsze będzie gościło moją kolekcję sztuki współczesnej.
I.K.: Jak Pan ocenia obecny stan polskiego kolekcjonerstwa prywatnego?
W.F.: Bardzo się rozwinęło. Nie jest to oczywiście Francja, Londyn czy Nowy Jork, ale zaszły pozytywne
zmiany, dużo się w tej kwestii zmieniło na plus. Mamy całe nowe pokolenie kolekcjonerów,
którzy zdecydowanie zbierają sztukę współczesną, ale z drugiej strony powraca moda na
szkołę krakowską i paryską.
I.K.: Z jakim artystą chciałby Pan rozegrać mecz?
W.F.: Fangor i Berdyszak, tuż za nimi uplasowaliby się Gierowski i Pągowska, Maciejowski, Kałucki.
Te nazwiska mnie angażują. Z École de Paris najbliżsi mi są Tadeusz Makowski, Eugeniusz Zak
i Mela Muter (w pewnym okresie miałem prawie sto jej prac). I Piotr Michałowski; uważam,
że najważniejszym obrazem w mojej kolekcji jest Portret córek artysty – Celiny i Aleksandry.
Z drugiej strony, ekstremalny biegun, to Rozeta (M 39) Fangora. Do kolekcjonowania namawiałem
swoich kolegów: Toma Okkera (galeria w Amsterdamie), Steffi Graf, Johna McEnroe
(galeria w Nowym Jorku) czy Ivana Lendla, który zbierał czeską sztukę. Odwiedzali mnie aktorzy
Robert De Niro, Hugh Grant i Richard Gere; bardzo doceniali polską sztukę, jej światowy
poziom.
I.K.: Czyli przypadła Panu rola ambasadora Polski przez sport i przez sztukę.
W.F.: Zawsze oba pojęcia: „tenisista” i „kolekcjoner” występowały równolegle. Sam zastanawiam się,
czy jestem bardziej sportowcem, czy kolekcjonerem. Tenis i sztuka są moimi dwiema największymi
pasjami.
I.K.: Dziękuję za rozmowę.

 

Z Wojciechem Fibakiem rozmawiała Inga Kopciewicz

Warszawa, 19 września 2017 r.

Katalog wystawy "Sztuka współczesna z kolekcji Wojciecha Fibaka"

O wystawie [TUTAJ]





Designed: Jimpenny / Programmed: FreshData